Ostatnia noc Swidrygajłowa
Trudno jest wybrać najbardziej niezwykłą postać Dostojewskiego. Wszystko zależy od tego, co nas fascynuje, a co przeraża, czego i kogo szukamy wśród tych wszystkich jego świętych, szaleńców, morderców i filozofów, demonów w ludzkim ciele, nihilistów, hazardzistów, alkoholików i prostytutek, rewolucjonistów i utracjuszy… Jedno jest pewne: nie ma w tej prozie postaci obojętnych, miałkich i nudnych.
Bies
W rosyjskiej tradycji kulturowej i literackiej bies to nie tyle rogaty diabeł z ludowych wierzeń, z ogonem i kopytkami ukrytymi w skórzanych trzewikach, ile głęboko zakorzeniona, podstępna siła duchowego rozpadu i pęknięcia. To duch chaosu, nihilizmu, który lęgnie się w sercu człowieka – kusząc go obietnicą bezgranicznej wolności, a w rzeczywistości odbierając mu zdolność do odczuwania sensu, miłości i dobra. Metaforycznie bies jest duchowym pasożytem i wewnętrznym cieniem; obojętnością, która zamienia żywą ludzką duszę w cyniczne, zmęczone sobą pogorzelisko. W powieściach Dostojewskiego to właśnie "ta ohydna siła” – parafrazując tytuł powieści C. S. Lewisa - sprawia, że człowiek, odrzuciwszy moralność, przestaje odróżniać dobro od zła, zachwyt od obrzydzenia, miłość od nienawiści, aż wreszcie zapada się w nicość. Metafizyczną… nicość.
Metafizyka zła
Czy Arkadiusz Iwanowicz Swidrygajłow, bohater Zbrodni i kary - bo to on będzie bohaterem dzisiejszego wieczoru - to ofiara diabła, który zagnieździł się w jego duszy, czy raczej to sam Swidrygajłow, istota obdarzona wolną wolą, niszczy życie innych? Dostojewski stawia odwieczne pytanie o tajemnicę zła. I robi to mistrzowsko.

Arkadiusz Iwanowicz Swidrygajłow
W sumie każde pojawienie się Swidrygajłowa na powieściowej scenie przyprawia o dreszcze. Bohater odkrywa karty powoli, lecz bez cienia zażenowania: jest szulerem, złodziejem, mordercą, gwałcicielem, uwodzicielem nieletnich. Jego wypowiedzi są tak niejednoznaczne, że w sumie nie wiemy, czy to istota metafizyczna czy "tylko" zdemoralizowany nihilista. Z pewnością w życiu widział niejedno. Od trzech dni jest w Petersburgu (gdzie mają miejsce powieściowe zdarzenia) i zna - jak deklaruje - wszystkich. - Twarze wydają mi się znajome – jak mówi - a i ja, jak sądzę, dla jednego czy drugiego także nie wyglądam na obcego– wyznaje Raskolnikowowi, który z jakichś irracjonalnych przyczyn (a może właśnie moralnej intuicji?), odczuwa paniczny lęk przed nowym znajomym. Oblicze Swidrygajłowa przypomina zresztą teatralną maskę, jakby pod nią kryła się istota, która może mieć wiele twarzy… albo żadnej.
Patrzymy na Swidrygajłowa, gdy wyłania się z mroku przeszłości – przyjeżdża do Petersburga jako świeżo upieczony wdowiec ze sporą sumą pieniędzy, którą otrzymał w spadku. Jego żona, Marfa Pietrowna, zginęła wcześniej w niejasnych okolicznościach. Narrator nie przedstawia jednak tej pary na zasadzie prostej opozycji. Marfa także nie była „aniołkiem” - miała swoje ciemne strony: potrafiła manipulować, uzależniać od siebie, oskarżać oraz urządzać sceny szalonej zazdrości. Jednak przy mężu jej przewiny bledną. Demoniczny Swidrygajłow dławi jej życie w pełni i – jak się wydaje – bez konsekwencji. Może jedynie męczą go jej metafizyczne odwiedziny, gdyż po śmierci Marfa nęka swojego męża. Swidrygajłow jednak nie odczuwa wyrzutów sumienia, jedynie jałowość egzystencji – wszystko już widział, przekroczył wszelkie granice moralne i zdołał się wszystkim znudzić.
Jednak – co zaskakujące – wierzy w życie po śmierci.
Nie wierzę w życie przyszłe – powiedział Raskolnikow.
Swidrygajłow siedział zamyślony.
- A co, jeśli są tam wyłącznie pająki albo coś w tym rodzaju? - odezwał się on nagle.
- „On jest pomylony” – pomyślał Raskolnikow.
- Na ogół przedstawia się nam wieczność jako ideę, której nie sposób zrozumieć, jako coś ogromnego, nieskończonego! Dlaczegoż jednak koniecznie musi być ona czymś ogromnym? I nagle, zamiast czegoś takiego, niech pan sobie wyobrazi jedną malutką izdebkę, coś w rodzaju chłopskiej łaźni, okopconą, a po wszystkich kątach chodzą pająki; i to jest cała wieczność. Wie pan, że tak niekiedy mi się ona rysuje…(…) Muszę panu powiedzieć, że osobiście specjalnie właśnie tak bym wieczność zorganizował – odpowiedział Swidrygajłow z jakimś nieokreślonym uśmiechem.
I wreszcie nasz mroczny demon, spojrzeniem świdrujący na wskroś ludzkie dusze, (co za niezwykłym nazwiskiem obdarzył go Dostojewski!) dochodzi do kresu swojego życia.
Przyjrzyjmy się ostatniej nocy Swidrygajłowa.
Ostatnia noc Swidrygajłowa
Swidrygajłow tymczasem, dokładnie o północy, przechodził przez most- owa (Tyczkowa - przyp K.B.) na Wyspę Petersburską. Deszcz przestał padać, zerwał się natomiast wiatr. Poczuł dreszcze i był taki moment, że z niejaką ciekawością i nawet jakby pytająco popatrzył na czarną toń Małej Newy. Szybko jednak, gdy tak stał nad wodą, ogarnął go ziąb; odwrócił się i skierował swe kroki na prospekt – szoj. (Bolszoj -przyp. K.B.) Szedł tym, nie mającym wręcz końca, prospektem już bardzo długo, jakieś dobre pół godziny, nieraz potykając się w ciemności o wystające w drewnianej jezdni deski, lecz nie przestając skwapliwie wypatrywać czegoś po prawej stronie prospektu. Jeśli dobrze pamiętał, kiedyś, a było to całkiem niedawno, przejeżdżając tędy, już przy samym końcu prospektu, zwrócił uwagę na pewną oberżę z drewnianych bali, która – znowu jeśli się nie mylił – nazywała się „Adrianopol”, albo jakoś podobnie. Pamięć go nie zawiodła: austeria na tym pustkowiu była czymś tak rzucającym się w oczy, że nie sposób było jej nie zauważyć, nawet w takich ciemnościach. Był to długi, drewniany, poczerniały od starości dom noclegowy, w którym mimo późnej pory wciąż jeszcze paliło się światło i panował dość spory ruch.
Petersburski wiatr
Zacznijmy więc po kolei. Zamiast deszczu, który przynieść może oczyszczenie, odrodzenie i zmycie win, zrywa się wiatr, stając się zapowiedzią chaosu, niepokoju oraz nadejścia końca. Dla Swidrygajłowa ta zmiana pogody staje się czytelnym sygnałem, że na progu ostatniej nocy nie ma już dla niego miejsca na łaskę czy duchowe oczyszczenie - pozostaje jedynie bezwzględny, żywiołowy pęd ku samounicestwieniu. Tym, co przeraża w postaci Swidrygajłowa, jest jego niezwykła samoświadomość: wie, że to jego ostatnia noc.
Styks
Północ to tradycyjna „godzina duchów”, a rzeka Newa – zimna, czarna i groźna – pełni tu rolę mitologicznego Styksu, oddzielającego świat żywych od krainy umarłych. Wejście na most o tej porze sygnalizuje, że bohater znajduje się już w przestrzeni liminalnej, z której nie ma powrotu do zwykłego życia. Przejdzie na drugą stronę podczas tej mrocznej, szalonej nocy.
W realistycznej perspektywie ten rzut oka na rzekę jest zwykłym gestem rozglądania się po okolicy podczas spaceru. Jednak ta scena jest tak gęsta od znaczeń, że każde słowo otwiera przed nami nowe możliwości interpretacyjne. Swidrygajłow patrzy więc w otchłań rzeki „pytająco” i „z niejaką ciekawością”. Co to za dziwne określenia?
Jako człowiek, który przekroczył wszelkie granice moralne, Swidrygajłow traktuje wszystko – włącznie z własnym losem – jako chłodny eksperyment. Jego ciekawość nie wynika z lęku czy rozpaczy, lecz z intelektualnego dystansu. Zastanawia się, co znajduje się po drugiej stronie: czy absolutna nicość, czy może – jak sam wcześniej mówi – zadymiona łaźnia z pajęczynami w kątach. Chce przeniknąć zarówno swój los, jak i tajemnicę śmierci. Patrzy jej prosto w oczy.
Ewangeliczne prawdy ostatniej nocy
"Czyż dzień nie liczy dwunastu godzin? Jeżeli ktoś chodzi za dnia, nie potknie się, ponieważ widzi światło tego świata. Jeżeli jednak ktoś chodzi w nocy, potknie się, ponieważ brak mu światła" - mówi Jezus do uczniów w Janowej Ewangelii. Swidrygajłow odtwarza więc ostatniej nocy swoje życie: idzie w ciemności, często się potykając. Szuka jednak światła, które - ma nadzieję - znaleźć na tym pustkowiu.
Limes
„Adrianopol” – restauracja o takiej nazwie w rzeczywistości nie istniała w czasach Dostojewskiego. Skąd więc to skojarzenie? Sam Adrianopol leży na styku Europy i Azji, Wschodu i Zachodu. W przestrzeni powieści reprezentuje punkt przejścia — limes - ostateczną granicę egzystencji. To zarazem miejsce historycznej klęski: tam barbarzyńscy Goci odnieśli zwycięstwo nad potężnym imperium. Imperium Swidrygajłowa zostaje pokonane: siły ciemności obezwładnią go i wciągną w swą mroczną czeluść.
Zauważmy, że pokój pod schodami — duszny i ciasny — staje się urzeczywistnieniem wizji piekła z wcześniejszej rozmowy Swidrygajłowa z Raskolnikowem. Wyobrażenie to powoli materializuje się w otaczającej go przestrzeni.
Kiedy tak naprawdę umiera Swidrygajłow?
Zawsze zastanawiałam się, kiedy tak naprawdę umiera Swidrygajłow. Otwierając drzwi gospody, wchodzi w przestrzeń, przed którą uciekał całe życie. Jest w piekle. A dostając od recepcjonisty klucz do pokoju – wkracza do swojej celi, w której – jak wierzy – spędzi już wieczność. To, co niezwykłe, nieludzkie wręcz w kreacji tej postaci to fakt, że Arkadiusz Iwanowicz zdaje się mieć tego pełną świadomość. Wiem, że moja interpretacja nie zniesie próby konfrontacji z fabułą. Swidrygajłow umiera, strzelając sobie w łeb nad ranem, a nie przechodząc przez most na Newie. Natomiast jego ostatnia noc — przepełniona koszmarami z przeszłości, w których przyjmuje perspektywę znacznie bardziej ludzką i moralną niż kiedykolwiek w swoim życiu — jest już przebywaniem – w moim odczytaniu – w przedsionku piekła. Budzi się w nim wówczas świadomość krzywd, które wyrządził, a ta świadomość nieodwracalności dokonanego zła stanowi właśnie istotę jego osobistego inferno. Przecież… „osobiście specjalnie właśnie tak by wieczność zorganizował”…
Czytajmy dalej.
Nieuchronne
Wszedł i rozkazał napotkanemu w przedsionku zaspanemu oberwańcowi, by zaprowadził go do numeru. Obdartus, obrzuciwszy spojrzeniem Swidrygajłowa, otrzepał się i natychamiast poprowadził go do odległego pokoju, znajdującego się gdzieś na końcu korytarza, w kącie pd schodami, dusznego i ciasnego. Innego jednak nie było; wszystkie były zajęte. Obdartus patrzył na niego, oczekując zamówienia.
- Herbatę macie? – zapytał Swidrygajłow.
- Może być, proszę pana.
- Co jeszcze macie?
- Jest cielęcina, wódka, są zakąski.
-Przynieś cielęcinę i herbatę.
- I niczego więcej szanowny pan sobie nie życzy?- zapytał z pewnym zdziwieniem obdartus.
- Nie, niczego!
Obdartus wyszedł, najwyraźniej rozczarowany.
Swidrygajłow - hedonista do szpiku kości nie zamawia wódki, co dziwi hotelową obsługę. Co dyktuje ten wybór, możemy się tylko domyślać. Czy jest to chęć świadomej konfrontacji z prawdą o sobie, czy grozą śmierci? W sercu biesa nie ma lęku przed życiem, jest tylko – jak chce Dostojewski – lęk przed wiecznością. Swidrygajłow boi się, by nie uciec, nie stchórzyć przed tym, co jest Nieuchronne.
Perspektywa z ... wnętrza trumny
Zapalił świecę i obejrzał dokładnie pokój. Była to izdebka o jednym oknie, do tego stopnia niziutka, że Swidrygajłow musiał schylać głowę, by nie uderzać nią w sufit; łóżko, z potwornie brudną pościelą, zwykły, politurowany stół i krzesło zajmowały niemal całą przestrzeń. Ścianki, mające wygląd zbitych desek, oklejone były obszarpaną tapetą, tak jednak wybrudzoną i wypłowiałą, że można było jedynie odgadnąć, jaki był jej pierwotny kolor (żółty), natomiast wzorek był już nie do rozpoznania. Część ściany i sufit ścięte były ukośnie, jak to zwykle czyni się w mansardach, tu jednak, w tym klinie usytuowane były schody.
Izdebka pod schodami, którą dostaje na tę noc, wydaje się przestrzennie (i symbolicznie) zniekształcona. Wypłowiałe tapety, niski sufit — tak niski, że Swidrygajłow musi schylać głowę, by się nie uderzyć — oraz ścianki przypominające zbite deski tworzą niezwykłą perspektywę z wnętrza… trumny. Jasne, że Dostojewski nie mówi nam tego wprost, tylko subtelnie sugeruje. Robi to za pomocą symboliki detali, jak na przykład kolor ścian: żółty (przewijający się nad wyraz często w świecie Zbrodni i kary) to barwa zepsucia, grzechu i zła w rosyjskiej symbolice kolorystycznej. Wokół bohatera — jak sam może podsłuchać, w czym zresztą ma wprawę — rozgrywają się ludzkie niedole, przemoc i krzywdy: prawdziwe piekło. Nie jesteśmy w stanie jednoznacznie odróżnić już, co jest sennym przywidzeniem, a co jawą. Swidrygajłow ma wysoką gorączkę, której nie jest w stanie obniżyć nawet chłód nocy.
Krzywdy, które wyrządził innym, wrócą do niego w serii trzech upiornych snów, a każdy z nich, będzie niczym innym, jak tylko wspomnieniem jego życia.
Sen pierwszy
Pierwszy sen jest istotny o tyle, że wprowadza niezwykłe pomieszanie między jawą a koszmarnym widzeniem. Jak w delirycznym czy psychotycznym stanie te dwa wymiary życia Swidrygajłowa mieszają się tak sugestywnie, że powodują poczucie bycia uwięzionym w makabrycznej rzeczywistości. Jedna z myszy zaczyna biegać pod ubraniem Swidrygajłowa, wywołując w nim fizyczne i psychicznie obrzydzenie. Strąca ją i po chwili...budzi się.
Sen drugi
Drugi sen przenosi go do pustego pokoju. Jest wiosna, a otaczający dom ogród wypełnia przestrzeń zapachem kwiatów i porannym światłem. Na środku pokoju stoi jednak biała trumna, w której leży dziewczynka w białej sukience. To jego ofiara — popełniła samobójstwo topiąc się po tym, jak została skrzywdzona przez Swidrygajłowa, nie mogąc znieść oskarżeń ze strony rodziny, zarzucającej jej hańbę, kłamstwo, rozpustne życie... Zniszczona niewinność, zbezczeszczona przez podły świat, przypomina w tym powieściowym obrazie szekspirowską Ofelię. Samotna i czysta istota w obliczu zdemoralizowanego, okrutnego świata ...
Sen trzeci
Ostatni sen jest chyba najbardziej upiorny z wszystkich. Swidrygajłow zmęczony snami chce opuścić "Adrianopol". Ubiera się, błądzi po hotelowych korytarzach szukając obsługi. Chce uregulować rachunek i wynieść się z tego makabrycznego miejsca. Ale z Tego Miejsca nie ma już ucieczki... Nagle w kącie zauważa małą, może kilkuletnią dziewczynkę. Skarży się ona na swój los, złą mamusię, biedę. Jest głodna i zmarznięta. Swidrygajłow kładzie ją i przykrywa kołdrą, by się ogrzała. Jednak po tym pozorem niewinności kryje się już kto inny... Dziewczynka śmieje się do niego, leżąc na łóżku i kusi go dwuznacznie jak dorosła kurtyzana. Jej wyuzdane spojrzenie i ruchy przerażają Swidrygajłowa. Budzi się on... i uzmysławia, że jest więźniem własnego umysłu i zepsucia. Jest to moment, w którym dostrzega pełną bezwyjściowość swojego stanu. Nie ma już dla niego powrotu do ludzkiej wspólnoty ani wewnętrznego spokoju.
Zakończenie
Swidrygajłow wyjął rewolwer i odciągnął kurek. Achilles (strażnik miejski - przyp. K.B) nastroszył brwi i wciąż sepleniąc, powiedział znów łamaną ruszczyzną.
-A cóż to za sztuczki pan wyprawiasz, tu nie wolno!
-A niby to dlaczego nie wolno?
-A dlatego, że nie wolno.
-No bratku, mnie tam wszystko jedno. Mnie miejsce wydaje się odpowiednie; a jak zaczną cię przesłuchiwać, to powiesz, że po prostu pojechałem do Ameryki.
Przystawił rewolwer do swojej prawej skroni.
-Tu przecież nie wolno! Tu nie miejsce na to! - zatrwożył się Achilles, a jego źrenice coraz bardziej i bardziej się rozszerzały.
Swidrygajłow spuścił kurek.
Przypisy:
Cytowane w niniejszym artykule fragmenty Zbrodni i kary zostały wykorzystane na podstawie prawa cytatu (art. 29 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych) w celach wyjaśniania, analizy krytycznej i naukowej.Wszystkie pochodzą z powieści Fiodora Dostojewskiego Zbrodnia i kara, tłum. Zbigniew Podgórzec, Kraków 2008; Cytuję także Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Biblia Tysiąclecia, w opracowaniu zespół biblistów polskich z inicjatywy benedyktynów tynieckich, Poznań: Pallottinum, 2003;