Czytając w ciemności. Bruno Schulz, Sanatorium pod Klepsydrą
Podróż trwała długo. Na tej bocznej, zapomnianej linii, na której tylko raz na tydzień kursują pociągi — jechało zaledwie paru pasażerów. Nigdy nie widziałem tych wagonów archaicznego typu, dawno wycofanych na innych liniach, obszernych jak pokoje, ciemnych i pełnych zakamarków. Te korytarze załamujące się pod różnymi kątami, te przedziały puste, labiryntowe i zimne miały w sobie coś dziwnie opuszczonego, coś niemal przerażającego. Przenosiłem się z wagonu do wagonu w poszukiwaniu jakiegoś przytulnego kąta. Wszędzie wiało, zimne przeciągi torowały sobie drogę przez te wnętrza, przewiercały na wskroś cały pociąg. Tu i ówdzie siedzieli ludzie z węzełkami na podłodze, nie śmiejąc zająć pustych kanap nadmiernie wysokich. Zresztą te ceratowe, wypukłe siedzenia zimne były jak lód i lepkie od starości. Na pustych stacjach nie wsiadał ani jeden pasażer. Bez gwizdu, bez sapania pociąg ruszał powoli i jakby w zamyśleniu w dalszą drogę. Przez jakiś czas towarzyszył mi człowiek w podartym mundurze kolejowca, milczący, pogrążony w myślach. Przyciskał chustkę do spuchniętej, obolałej twarzy. Potem i ten gdzieś przepadł, wysiadł niepostrzeżenie na którymś przystanku. Zostało po nim wyciśnięte miejsce w słomie, zalegającej podłogę, i czarna, zniszczona walizka, którą zapomniał.
Przeczytaliście Państwo początek opowiadania Brunona Schulza Sanatorium pod Klepsydrą. Zanim jednak wyruszymy w podróż z narratorem, choć na chwilę przyjrzyjmy się tytułowi. Klepsydra to dawny przyrząd do odmierzania czasu. Dość dziwaczny – jeśli przyjrzeć mu się w wymiarze symbolicznym: klepsydrę można przecież odwracać w nieskończoność, a piasek będzie wracał na swoje miejsce i przesypywał się od nowa i od nowa, wciąż ten sam. Prawdziwy czas jednak leci nieubłaganie. Wyobraźnia, szczególnie dziecka i artysty, może jednak zrobić, co jej się żywnie podoba. A z doświadczaniem czasu - to już szczególnie.
Katabasis
Do Sanatorium dość łatwo się dostać, pomimo tego, że pociąg zatrzymuje się pomiędzy stacjami. Józef - nasz narrator i przewodnik - intuicyjnie obiera właściwy kierunek, jakby trasa, którą idzie, była w pewien sposób oczywista. Nie może się jednak pomylić: ten kierunek jest jeden i zboczyć nie sposób - jest nim Kres. Józef bowiem idzie odwiedzić ojca, który umarł. Ale – jak to u Schulza – nie do końca … umarł.
Motyw podróży żywego człowieka w zaświaty ma głębokie korzenie w tradycji mitycznej i literackiej. Orfeusz, Herakles, Psyche, Odyseusz, Gilgamesz czy Dante to bohaterowie, którzy odważyli się podejść blisko lub przekroczyć próg świata umarłych. Struktura tej wędrówki rządzi się stałymi regułami: bohater najpierw przekracza granicę (bramę czy rzekę), potem odnajduje przewodnika, rozmawia z duchami zmarłych i negocjuje z władcami podziemi, by ostatecznie powrócić na ziemię. Celem takiego czynu jest zazwyczaj próba ocalenia bliskiej osoby i chęć przełamania nieodwracalności śmierci. Psychoanalitycy zwracają przy tym uwagę na wewnętrzny wymiar owej wyprawy – konfrontację z własną śmiertelnością.
Zanim jednak zapytamy, co w istocie dzieje się w sanatorium doktora Gotarda, dojedźmy najpierw na miejsce.

Cisza
To, co najbardziej fascynuje w świecie Sanatorium… to jego wymiar akustyczny. Pociąg, którym podróżuje Józef, rusza bez najmniejszego dźwięku i zatrzymuje się w całkowitej ciszy. Stamtąd do ciemnego parku prowadzi biała aleja, budząca skojarzenia z cmentarną ścieżką:
Pociąg powoli stawał, bez sapania, bez stukotu, jak gdyby życie powoli zeń uchodziło wraz z ostatnim tchnieniem pary. Stanęliśmy. Cisza i pustka, żadnego budynku stacyjnego. Pokazał mi jeszcze, wysiadając, kierunek, w którym leżało Sanatorium. Z walizą w ręku poszedłem białym wąskim gościńcem, uchodzącym niebawem w ciemny gąszcz parku. Z pewną ciekawością przyglądałem się pejzażowi. Droga, którą szedłem, wznosiła się i wyprowadzała na grzbiet łagodnej wyniosłości, z której obejmowało się wielki widnokrąg. Dzień był całkiem szary, przygaszony, bez akcentów. I może pod wpływem tej aury, ciężkiej i bezbarwnej, ciemniała cała ta wielka misa horyzontu, na której aranżował się rozległy, lesisty krajobraz ułożony kulisowo z pasm i warstw zalesienia, coraz dalszych i bardziej szarych, spływających smugami, łagodnymi spadami, to z lewej, to z prawej strony.
Most
W przestrzeni okalającej Sanatorium da się słyszeć monotonny, stały szum przypominający szum morza, jakby dźwięki w to miejsce dochodziły z oddali. Jest wciąż szaro lub po prostu ciemno:
W lesie było ciemno jak w nocy. Szedłem omackiem po cichym igliwiu. Gdy drzewa się przerzedziły, zadudniły mi pod nogami belki mostu.
Mamy więc i most – granicę między żywymi a umarłymi. Józef wkracza na teren Sanatorium, a potem do wnętrza budynku.
W korytarzu panował półmrok i solenna cisza. Zacząłem na palcach posuwać się od drzwi do drzwi, czytając w ciemności umieszczone nad nimi numery.
Ziarno granatu
W pustym wnętrzu – gdzie Józef spotyka jedynie przemykającą bezszelestnie pokojówkę – uwagę przykuwa coś osobliwego: suto zastawione stoły, na których piętrzą się torty, ciasta i słodkości. Widok ten przypomina barokową martwą naturę: niedojedzone resztki posiłków i leżące na stołach monety sprawiają wrażenie, jakby biesiadujący przerwali ucztę nagle, wpół kęsa, i rozpłynęli się w powietrzu. Te obrazy ukazują przerwane życie oraz jego znikomość (vanitas) – uchwyconą w porzuconych przedmiotach i opustoszałej przestrzeni.
Jest tu jeszcze jeden interpretacyjny „haczyk” – motyw pokarmu z zaświatów. To zakazane jedzenie, które w mitach i baśniach nieodwracalnie wiąże żywych z krainą zmarłych lub pogrąża ich w letargu. Słodkości piętrzące się na stołach u doktora Gotarda są niczym pułapka: przypominają zatrute jabłko z baśni albo mityczne ziarna granatu, po które sięgnęła Persefona. Posiłek traci tu swoją biologiczną rolę – przestaje dawać witalność, a staje się somnambulicznym specyfikiem. Te ciężkie ciasta i torty odbierają gościom wolę powrotu, pętają ich zmysły i wprowadzają w sen stanowiący zakamuflowaną postać śmierci. Skosztowanie potraw przypieczętowuje przejście na drugą stronę i rezygnację z rzeczywistości na rzecz trwania w czasowej próżni. Na razie jednak Józef wyrusza, by rozejrzeć się po okolicy.

Doktor Gotard
Kim on w ogóle jest? Czy to rzeczywiście lekarz, prowadzący Sanatorium czy tylko oszust, hochsztapler wyłudzający pieniądze od zdesperowanych bliskich chorych pacjentów?
Czy ojciec żyje? — zapytałem zatapiając wzrok niespokojny w jego uśmiechniętej twarzy.
— Żyje, naturalnie — rzekł wytrzymując spokojnie moje żarliwe spojrzenie. — Oczywiście w granicach uwarunkowanych sytuacją — dodał przymrużając oczy. — Wie pan równie dobrze jak ja, że z punktu widzenia pańskiego domu, z perspektywy pańskiej ojczyzny — ojciec umarł. To się nie da całkiem odrobić. Ta śmierć rzuca pewien cień na jego tutejszą egzystencję.
— Ale ojciec sam nie wie, nie domyśla się? — zapytałem szeptem. Potrząsnął głową z głębokim przekonaniem. — Niech pan będzie spokojny — rzekł przyciszonym głosem — nasi pacjenci nie domyślają się, nie mogą się domyślić…
Cały trick polega na tym — dodał, gotów mechanizm jego demonstrować na palcach, już ku temu przygotowanych — że cofnęliśmy czas. Spóźniamy się tu z czasem o pewien interwał, którego wielkości niepodobna określić. Rzecz sprowadza się do prostego relatywizmu. Tu po prostu jeszcze śmierć ojca nie doszła do skutku, ta śmierć, która go w pańskiej ojczyźnie już dosięgła.
Wizyta u ojca zaczyna jednak wkraczać w niepokojący wymiar. Józef patrzy w lustro, lecz ono nie odbija jego twarzy… Całymi dniami śpi, przykrywając się ciężkimi kołdrami, by chronić siebie i ojca przed przeciągami. Sanatorium nie jest ogrzewane, a pacjenci nie są w stanie niczego wyegzekwować u doktora ani obsługi. Są jednak szczęśliwi – na swój osobliwy sposób.

Stojące wody i srebrna moneta
Nie mogłem nasycić oczu aksamitną, soczystą czarnością najciemniejszych partii, gamą zgaszonych szarości pluszowych popiołów, przebiegającą pasażami stłumionych tonów, złamanych dławikiem klawiszy — ten nokturn pejzażu. Obfite i fałdziste powietrze obłopotało mi twarz miękką płachtą. Miało w sobie mdłą słodycz odstałej deszczówki.
Gaston Bachelard analizując obrazy wody w prozie Edgara Alana Poe, zwrócił uwagę na dwa – jakże to teraz oczywiste – symboliczne jej aspekty. Co innego woda płynąca – kojarzona z żywym upływem czasu, przemijaniem, a więc ruchem. Martwe, stojące wody – to już inny obraz: zgnilizny, bezruchu i śmierci.
Odstała, ciężka woda przestaje odmierzać czas swym biegiem; staje się żywiołem uwięzionym w wiecznej próżni, rezerwuarem melancholii i zapomnienia. To właśnie taka woda – martwa i styksowa – jest prawdziwym żywiołem zaświatów: paraliżuje wszelki ruch, pęta czas i symbolizuje nieodwracalne pogrążenie się w trwaniu bez końca, z którego nie ma już powrotu do żywego świata.
Wszystko w Sanatorium jest martwe i głuche. Józef czuje się zmęczony po podróży i ten stan już go nie opuści. Pusta restauracja jest jednak pełna smakołyków, więc posila się, by odzyskać siły. Chce zapłacić, ale nie ma tu nikogo z obsługi.
Nadaremnie stukałem łyżeczką w płytę stołu. Nikt nie zjawił się, aby przyjąć należytość za posiłek. Zostawiłem monetę srebrną na stole i wyszedłem na ulicę.
W mitologii greckiej obol służył jako zapłata dla przewoźnika Charona za przetransportowanie duszy zmarłego w łodzi przez rzekę Styks do podziemi Hadesu. Tradycyjnie monetę wkładano zmarłemu do ust podczas pochówku. Dusze osób, które nie posiadały obola lub nie zostały odpowiednio pochowane, nie mogły opłacić przeprawy i według wierzeń były skazane na stuletnią tułaczkę po brzegach rzeki przed uzyskaniem wstępu do krainy cieni. Nie chcę wyprzedzać zdarzeń, by nie psuć przyjemności czytania, ale zauważmy tylko, że nikt owej srebrnej monety od Józefa nie odbiera.
Wróćmy jednak do Jakuba. Józef dowiaduje się, że ojciec prowadzi dość aktywne, jak na prawie nieboszczyka, życie: ma dobrze prosperujący sklep bławatny, taki jak w swoim miasteczku. Syn widzi ojca jakby we wspomnieniu: z przejęciem opowiada on o organizowaniu nowego interesu, choć – jak przyznaje – nie jest to taki dobry sklep jak dawniej…
Teleskop
Niespodziewanie do Józefa przychodzi przesyłka zaadresowana na jego nazwisko, którą odbiera na zapleczu sklepu. Przyznam, że ten fragment jest dla mnie najbardziej zagadkowy – przedstawia w onirycznym zniekształceniu dość osobliwe zdarzenie. Oczywiście, niektóre obrazy literackie są po prostu zabawą, grą z czytelnikiem i wpisują się w repertuar przyjemności płynących z lektury. Jednak inne narzucają się symbolicznie z taką siłą, że trudno się od nich oderwać – niosą ze sobą jakiś głębszy, sekretny sens. Józef rozpakowuje pakunek zawierający teleskop o monstrualnych rozmiarach – tak ogromny, że jego obiektyw rozciąga się na całą długość pomieszczenia.
Zaciekawiony, wydobyłem z koperty ten instrument zrobiony z czarnej ceraty lub sztywnego płótna złożonego w płaską harmonijkę. Miałem zawsze słabość do teleskopów. Zacząłem rozkładać wielokrotnie złożony płaszcz instrumentu. Usztywniony cienkimi pręcikami, rozbudowywał mi się pod rękami ogromny miech dalekowidza, wyciągający na długość całego pokoju swą pustą budę, labirynt czarnych komór, długi kompleks ciemni optycznych wsuniętych w siebie do połowy. Było to coś na kształt długiego auta z lakowego płótna, jakiś rekwizyt teatralny imitujący w lekkim materiale papieru i sztywnego drelichu masywność rzeczywistości. Spojrzałem w czarny lejek okularu i ujrzałem w głębi zaledwie majaczące zarysy podwórzowej fasady Sanatorium. Zaciekawiony, wsunąłem się głębiej w tylną komorę aparatu. Śledziłem teraz w polu widzenia lunety pokojówkę idącą płóciennym korytarzem Sanatorium z tacą w ręku. Odwróciła się i uśmiechnęła. Czy ona mnie widzi? — pomyślałem sobie. Nieodparta senność przesłaniała mi mgłą oczy. Siedziałem właściwie w tylnej komorze lunety jakby w limuzynie wozu. Lekkie poruszenie dźwigni i oto aparat zaczął szeleścić łopotem papierowego motyla i uczułem, że porusza się wraz ze mną i skręca ku drzwiom.
Jak wielka czarna gąsienica wyjechała luneta do oświetlonego sklepu — wieloczłonkowy kadłub, ogromny papierowy karakon z imitacją dwóch latarń na przedzie. Kupujący stłoczyli się, cofając przed tym ślepym smokiem papierowym, subiekci otworzyli drzwi na ulicę i wyjechałem powoli tym papierowym autem, wśród szpaleru gości odprowadzających zgorszonym spojrzeniem ten w istocie skandaliczny wyjazd.
Pozwoliłam sobie zacytować ten dość obszerny fragment, gdyż tu zaczyna się interpretacyjne, rodzinne dochodzenie. Dla mojej córki, z którą czytałam opowiadanie, wejście do olbrzymiej tuby teleskopu stanowi symboliczny powrót do źródeł życia. Opis wnętrza aparatu — labirynt czarnych komór, ciemnie optyczne, wsuwanie się głębiej w tylną komorę teleskopu — przywołuje skojarzenia z wnętrzem organizmu, ciemnością i zamknięciem – jak w łonie matki. Teleskop przypomina macicę, poprzez którą Józef powraca do pierwotnego stanu istnienia, stanu embrionalnego (mitycznego dzieciństwa) – do pre-czasu. Sanatorium stanowi więc dla niego kolejny temporalny wymiar. Sanatorium doktora Gotarda jest przecież miejscem, gdzie czas ulega retardacji, cofa się lub rozgałęzia. A sam doktor jak alchemik i czarnoksiężnik „majstruje” przy czasie.
Dla mnie z kolei instrument ten niesie symbolikę nie tyle kobiecą, ile falliczną – męską. Teleskop dynamicznie się rozrasta, pęcznieje, wykracza poza zamkniętą przestrzeń pokoju i przekształca się w potężny pojazd, limuzynę, czarną gąsienicę, ślepego smoka. Wyjście z pasywnej obserwacji do skandalizującego ruchu (skandaliczny wyjazd - mówi Józef) stanowi ekspresję woli życia, Erosa, witalności. Przekształcenie zamkniętego instrumentu w napędzany ruchem pojazd to gest przełamania martwoty i bierności. Zwycięstwo życia (Erosa) nad Thanatosem (śmiercią). Być może dlatego Józef wyznaje:
Czas mego ojca i mój własny czas już do siebie nie przystawały.

Czyżby Józef był na innych prawach w świecie doktora Gotarda? Czy został tu zwabiony, by już nigdy nie wyjść na powierzchnię życia? Czy z uległego syna stał się niezależnym, dojrzałym mężczyzną? Mityczne opowieści mówią przede wszystkim o tych, którym udało się wyjść z Podziemi. A gdzie historie śmiałków, którym się nie udało i którzy pozostali na zawsze w objęciach śmierci? Czy każda księżniczka budzi się po stuletnim śnie? Czy są takie, które śnią sen śmierci po to, by nigdy się już nie obudzić?
Wejść do łóżka w ubraniu i w butach było dla mnie zawsze, jako dla człowieka cywilizowanego, rzeczą po prostu nie do pomyślenia. A teraz przychodzę późno do domu, pijany od senności, w pokoju półmrok, firanki u okna wzdęte od zimnego tchu. Bezprzytomny walę się na łóżko i zagrzebuję w pierzyny. Śpię tak przez całe nieregularne przestrzenie czasu, dni czy tygodnie, podróżując przez puste krajobrazy snu (…)
Kolejne sekrety Sanatorium
Sam mistyfikator, doktor Gotard, staje się z czasem nieuchwytny, jakby sam przemieniał się we wspomnienie. Józef bezskutecznie próbuje z nim porozmawiać, nim ten znika całkowicie. Nie zdradzając jednak wszystkich sekretów doktora, warto pozostawić Państwa nie tylko z tajemnicą jego zniknięcia, ale i z drugą zagadką Sanatorium – psem, który z ogromnego, agresywnego wilczura o demonicznej wręcz dzikości przekształca się w… no właśnie, w kogo?
Odpowiedź na to pytanie – podobnie jak na wiele innych kryjących się w prozie Schulza – pozostawiam już Państwu. Zdecydowanie jednak warto dać się ponieść tej literackiej przyjemności...
Powrót
Te niepokojące metamorfozy prowadzą bezpośrednio do pytania o znaczenie tytułowej klepsydry. Czy zapętlony czas nieprzebytej żałoby – czas, w którym uwięziony Józef tęskni za ojcem i nie pozwala mu odejść na zawsze – nie jest gestem po raz kolejny odwracanego naczynia? Z tej podróży nie da się już powrócić do dawnego siebie, do domu i zwyczajnego życia. Ziarna wspomnień o ojcu przesypują się bez końca:
W oknie jeszcze raz przesuwa się i obraca powoli ta ogromna misa horyzontu, nalana ciemnymi szumiącymi lasami, wśród których bieleją mury Sanatorium. Żegnaj, ojcze, żegnaj, miasto, którego już nie zobaczę. (...) Od tego czasu jadę, jadę wciąż, zadomowiłem się niejako na kolei i tolerują mnie tam, wałęsającego się z wagonu do wagonu. Ogromne jak pokoje wozy pełne są śmiecia i słomy, przeciągi przewiercają je na wskroś w szare bezbarwne dni. Moje ubranie podarło się, postrzępiło. Podarowano mi znoszony mundur kolejarza. Twarz mam obwiązaną brudną szmatą wskutek spuchniętego policzka. Siedzę w słomie i drzemię, a gdy jestem głodny, staję w korytarzu przed przedziałami drugiej klasy i śpiewam. I wrzucają mi drobne monety do mojej konduktorskiej czapki, do czarnej czapki kolejarza, z obdartym daszkiem.
Przypisy:
Cytowane w niniejszym artykule fragmenty opowiadania Brunona Schulza pochodzą ze zbioru: Bruno Schulz, Opowiadania. Wybór esejów i listów, oprac. Jerzy Jarzębski, Wrocław 1989. Grafiki i zdjęcia natomiast z: Bruno Schulz. Rysunek, oprac. Jerzy Jarzębski, Lesko 2019 oraz strony www. brunoschulz.org. Wszystkie materiały wykorzystałam w celach wyjaśniania, analizy krytycznej, naukowej i edukacyjnej. Co do tekstu Gastona Bachelarda to jest to Wyobraźnia poetycka. Komuś ją pożyczyłam i zniknęła, więc nie podam szczegółów bibliograficznych:)