Bruno Schulz. Antypody wyobraźni
Nie wiem, skąd w dzieciństwie dochodzimy do pewnych obrazów o rozstrzygającym dla nas znaczeniu. Grają one rolę tych nitek w roztworze, dookoła których krystalizuje się dla nas sens świata. Do tych obrazów należy jeszcze u mnie obraz dziecka niesionego przez ojca przez przestrzenie ogromnej nocy, rozmawiającego z ciemnością. Ojciec tuli je, zamyka w ramionach, odgradza od żywiołu, który mówi i mówi, ale dla dziecka ramiona te są przezroczyste, noc dosięga je w nich i poprzez pieszczoty ojca słyszy ono nieustannie jej straszliwe perswazje. I znękane, pełne fatalizmu, odpowiada na indagacje nocy, z tragiczną gotowością, całkiem zaprzedane wielkiemu żywiołowi, od którego nie ma ucieczki. (Bruno Schulz w liście do S.I. Witkiewicza, zima 1934 na 1935)
Uwielbiam niedopowiedzenia biograficzne i – co za tym idzie – plotki literackie, które usiłują wypełnić białe plamy w życiorysach pisarzy. Nie chodzi mi o brak konkretnych danych - na to nie ma czasem rady - ale o dziwaczne motywacje, nieokreślone relacje. Jednym słowem - sekrety.

Schulz jest dla mnie właśnie takim pisarzem. Jego biograficzny wizerunek – podbudowany fotografiami i wspomnieniami osób, które go znały – to portret człowieka zepchniętego na margines własnej egzystencji: nieśmiałego, wyjątkowo wrażliwego, jakby przepraszającego za swoją obecność. Jednak im głębiej wchodzimy w jego życiorys, tym wyraźniej widać, że ta pozorna przezroczystość to tylko fasada, pod którą kryje się gęsta sieć niejasnych relacji, dziwacznych motywacji i biograficznych zagadek. Plotka literacka uwielbia żywić się takimi pęknięciami, a w przypadku Schulza ma wyjątkowo żyzny grunt. Wystarczy przywołać choćby słynny przekład Procesu Kafki – przez lata sygnowany nazwiskiem pisarza, a będący w rzeczywistości dziełem jego narzeczonej, Józefiny Szelińskiej. To właśnie w takich niedopowiedzeniach, w cieniu listów, nieformalnych układów i niedomówień, Schulz staje się postacią najbardziej fascynującą: twórcą, którego osobowość bywa równie wieloznaczna jak jego własna proza.