Krótka popołudniowa drzemka, czyli o "Alicji w Krainie Czarów"
Fantastyka - zabawa, fantazjowanie, sny i inne wydziwiania
Nurtuje mnie niezmiennie, jako nauczyciela i czytelnika zarazem, kiedy w człowieku „gubi się” (bo jestem pewna, że nie zanika całkowicie), radość z czytania opowieści fantastycznych. Przez fantastyczne rozumiem tutaj, roboczo, wszystkie opowieści, w których prawdopodobieństwo zdarzeń zostaje zawieszone. Do jednego worka wrzucam więc dzisiaj baśnie dla dzieci, fantastykę naukową, fantasy, dramaty romantyczne i niektóre odmiany prozy awangardowej – słowem wszystko, co nie mogłoby się wydarzyć naprawdę. Zdaję sobie sprawę, że teoretycy literatury oburzą się pewnie teraz, analizując słowo „naprawdę” oraz „zdarzyć się”, szczególnie w odniesieniu do fikcji literackiej, ale w tej chwili nie będę się nimi przejmować.
Więc czy fantazjowanie to tylko doświadczenie dzieciństwa, sposób na nudę? Dlaczego niektórzy dorośli (a nawet młodsi) czytelnicy uznają fantastykę na „wydziwianie”, puentując opowieści tego typu: nie ma to przecież żadnego sensu?
Fantazjowanie jako narzędzie rozwojowe
Oczywiście, możemy powiedzieć, że fantazjowanie to narzędzie rozwojowe, w istocie niezbędne, które pozwala dzieciom na kształtowanie umiejętności różnego typu. Uczy zależności przyczynowo-skutkowych i zawieszania ich, empatii, rozwija język, ćwiczy abstrakcyjne myślenie, odnajdywanie się w trudnych sytuacjach. Opowieść staje się swego rodzaju symulatorem sytuacji rzeczywistych i treningiem społecznym, a co najważniejsze według mnie – spotkaniem z samym sobą. Czy potem przestaje pełnić swoją rolę, staje się mniej atrakcyjne dla – jak chcemy mocno wierzyć – racjonalnego umysłu? Wątpię w to mocno.
Doświadczenie śnienia
Nawet najzagorzalszy przeciwnik fantastyki śpi co noc i…śni. Większość ludzi nie pamięta swoich snów, choć umiejętność ich zapamiętywania jest – gwarantuję – do wyćwiczenia. Deprywacja snu, skutkująca brakiem wizji sennych, prowadzi do poważnych zaburzeń zdrowotnych. Podejrzewam, że brak literatury (narracji) wywołuje podobne dysfunkcje. Dzieci rozwijające się bez opowieści słono potem płacą za to zaniedbanie nie tylko intelektualnie, ale także emocjonalnie, społecznie i duchowo.
Więc skoro każdy z nas śni, doświadcza świata, w którym snuje się fantastyczna opowieść. W snach pojawiają się postaci, nie wiedzieć czemu, wyjątkowo znaczące, przeżywa się przygody, poznaje nowe miejsca, przekształca swoich najbliższych lub widzi ich w innym, niż na jawie, świetle. Można też rozmawiać ze zwierzętami, pokonywać prawa fizyki, zmniejszać się i zwiększać – słowem, wszystko jest dozwolone. Nie bez przyczyny, jednym z największych dobrodziejstw snu bywa oczyszczenie emocjonalne. Dajemy sobie przyzwolenie na uczucia, które głęboko zepchnięte za dnia, wychodzą na jaw w naszych sennych opowieściach. Śnią dzieci i dorośli: fizycy i analitycy danych, konserwatorzy zabytków i maklerzy giełdowi, lekarze i piekarze, księgowe i przedszkolanki… Słowem każdy codziennie wchodzi w świat fantazji. A jednak niektórzy bronią się mówiąc, że opowieści fantastyczne nie mają sensu. Jednak czy wszystko, co doświadczamy i czujemy, ma zawsze logiczny sens? I czy koniecznie musi mieć?

Złote popołudnie
Historia powstania Alicji w Krainie Czarów jest niemal tak samo niezwykła jak sama książka. Wszystko zaczęło się od konkretnego popołudnia, które przeszło do historii literatury jako „złote popołudnie”. Pewnego lipcowego dnia 1865 roku Charles Dodgson (znany nam pod pseudonimem Lewis Carroll), młody wykładowca matematyki w Oksfordzie, spędzał popołudnie ze swoim przyjacielem oraz trzema córkami dziekana Liddella: Alicją, Edytą i Loriną. Płynęli łodzią po Tamizie dość długo, żeby dziewczynki zdążyły się znudzić i zaczęły narzekać. I wtedy Dodgson zaczął snuć historię o Alicji, która wpadła do króliczej nory…
To miała być opowieść pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, śmiesznych dialogów, fantastyki wziętej ze snu – Alicja przecież zmniejsza się, zwiększa, zwierzęta mówią, a cały zamek królowej to nic innego jak przekształcona w wyobraźni talia kart, którą, podejrzewam, wybierając się na piknik, Dodgson miał w koszyku. Alicja Liddell była urzeczona sobą w opowieści i pewnie dlatego dostała potem w prezencie bożonarodzeniowym (spóźnionym, jak mówią), ręcznie napisany i ilustrowany egzemplarz Przygód Alicji w Krainie Czarów.

Nie tylko fantastyka
Carroll, będąc matematykiem, ukrył w opowieści logiczne żarty i zagadki matematyczne. Niektóre z nich miały być satyrą na modne wówczas trendy matematyczne – ten aspekt opowieści miał rozbawić z pewnością Robinsona Duckworthe’a, przyjaciela, który towarzyszył mu podczas leniwego rejsu. Jednak to, co zachwyciło dziewczynki, a później inne dzieci oxfordzkich naukowców, był szalony, oniryczny rytm przygód, wyzwolenie wyobraźni, która pozwala Alicji wydobyć się z każdych tarapatów, zdobyć przyjaciół, pokonać złą Królową i cały jej dwór.
Alicja mierzy się z przemocą Królowej, która co rusz ścina głowy swoim poddanym – ale jak się okazuje, to tylko udawane egzekucje. Pokonuje cały system opresji, obserwuje lękliwych poddanych i odnajduje w swoim sercu odwagę, by talię kart - cały królewski układ sił i wpływów - rozgromić jednym gestem. Dziewczynka czuje się bezradna i pokonuje bezradność, obserwuje swoje ciało (jak rośnie i jak maleje), ucząc się akceptacji samej siebie i tego, co los stawia na jej drodze w Krainie Czarów. Umie płakać, złościć się i wreszcie podejmować decyzje, choć wydaje się, że jest to trudne w skomplikowanych realiach zaczarowanego lasu. Uczy się też cierpliwości, bo cóż można zrobić, gdy ciasteczko leżące na stole, jest kilka metrów nad głową? Siła tej opowieści tkwi w tym, że wszystkie przygody Alicji płyną jak w sennej wizji. Nie ma miejsca i czasu na dydaktykę, wnioski i morały. Koniec opowieści jest prosty: dziewczynka budzi się z krótkiej popołudniowej drzemki i opowiada siostrze swój fantastyczny sen…
Moja adaptacja Alicji w Krainie Czarów
Przygody Alicji w Krainie Czarów fascynują do dziś, mimo że powstały w połowie XIX wieku. Jednak szybki rytm opowieści, rozbudowane zdania i nieznane dla dzisiejszego młodego czytelnika słowa, mogą utrudniać wejście w opowieść. Wychodząc naprzeciw tym trudnościom i z całego serca chcąc uratować Alicję przed zapomnieniem, polecam moją adaptację tej powieści opracowaną dla wydawnictwa dla dzieci EspritKids.pl – jest darmowa, podzielona na trzy części (obliczyłam to na trzy wieczory), można ją pobrać i wydrukować. Przyświecał mi jasny cel: by Alicja była prostsza językowo, a tym samym zrozumiała. Dotyczy to głównie słownictwa, żartów, struktury składniowej. Nic nie dodaję, nie przekształcam według współczesnych oczekiwań, trendów, idei i gustów. Pozostaję wierna opowieści Carrolla z 1865 roku.
Życzę małym i dużym czytelnikom i słuchaczom miłej lektury!

